Marcin Szmidtke
4 listopada 2026 — esej, pięć minut

List, którego nie otwierasz

Każdy z nas dostał kiedyś list z wyliczeniem przyszłej emerytury. Większość obchodzi się z nim jak z gorącym ziemniakiem. I nie chodzi o brak czasu.

Rysunek ołówkiem. Listonosz przy uchylonych drzwiach: Polecony z ZUS-u. Mężczyzna zza drzwi: Nie ma mnie.

Leży w szufladzie. Albo w skrzynce mailowej, pogrubiony, nieprzeczytany. Albo w aplikacji banku, do której nie wchodzisz od trzech tygodni, bo wiesz, co tam zobaczysz. A dokładniej: nie wiesz. I właśnie dlatego nie wchodzisz.

Każdy ma swój list. U jednych to wyliczenie z ZUS-u. U innych wyciąg z karty, polisa sprzed dziesięciu lat, której warunków nikt już nie pamięta, albo PIT, który miał być zrobiony w marcu. Wszyscy kiedyś taki list dostaliśmy. Część z nas przeczytała pierwszą linijkę, część od razu wsunęła go pod stos ulotek z pizzerii, gdzie leży do dziś i ma się świetnie.

Zajrzyjmy do sąsiada, bo u sąsiada zawsze łatwiej. Kiedy liczyłem to do felietonu, trzymiesięczne oszczędności, taką finansową poduszkę na czarną godzinę, miało mniej niż 20% Polaków. Sześć pensji odłożonych na bok miało mniej niż 10%. Ach, ci sąsiedzi. Tacy rozrzutni. Dobrze, że ja i ty jesteśmy bardziej odpowiedzialni, prawda?

Tylko zapytaj sąsiada, ile ma odłożone. Albo jeszcze lepiej, zapytaj siebie. Bez sprawdzania. Jeżeli pierwsza reakcja to lekkie ściśnięcie w żołądku i myśl, że to w sumie nie jest dobry moment na takie pytania, to witaj w klubie. Mamy dużo członków i nikt nie chodzi na zebrania.

Czego naprawdę się boimy

Od lat siedzę po drugiej stronie biurka i widzę jedno. Ludzie nie boją się liczby. Boją się tego, co ta liczba o nich powie.

Bo liczba nigdy nie mówi po prostu „masz mało”. Liczba mówi: miałeś czas. Mówi: czterdziestka, a ty dalej nie wiesz, ile masz. Mówi rzeczy, które wcześniej mówił ojciec albo teść, tylko że teraz nie ma się z kim pokłócić.

Skąd to się bierze? Pisałem już o tym przy błędach. W szkole za nieudaną próbę dostawałem jedynkę. Na podwórku słyszałem, że jestem głupi. Tak nas wychowano: wynik to ocena, a ocena to ty. Dlatego dorosły facet, który prowadzi firmę, zarządza ludźmi i podejmuje dziesiątki decyzji dziennie, na widok koperty z ZUS-u ma znowu dziesięć lat i czeka, aż pani odda klasówki.

Klasówki nikt nie chce odbierać, jeżeli podejrzewa, co na niej jest. Więc jej nie odbiera. A póki jej nie odebrał, to przecież jeszcze nie dostał jedynki.

Dopóki koperta jest zamknięta, nadal jesteś człowiekiem, który ma to pod kontrolą.

Wiem, jak to działa, bo sam robiłem ze strachem dokładnie to samo. Przez większość życia udawałem, że go nie ma. Całego. Dopiero na terapii odkryłem, że mam coś w rodzaju zaburzeń lękowych, a wcześniej uchodziłem za wyjątkowo odważnego. Skakałem ze spadochronem, ukończyłem Ironmana, w wieku 22 lat założyłem firmę. Firma w końcu upadła. Strach, który chowasz pod dywan, nie znika. On tylko przestaje cię ostrzegać.

Nieotwarty list to ten sam dywan, tyle że w wersji biurowej.

Jakoś to będzie

Nazywamy to różnie. Że nie ma czasu. Że trzeba usiąść spokojnie, w weekend. Że najpierw trzeba wszystko dobrze przemyśleć, zebrać dokumenty, znaleźć jakiś dobry program do budżetu. Perfekcjonizm jest tu bardzo pomocny, bo brzmi jak zaleta. A jest po prostu strachem przed popełnieniem błędu. Tak długo przygotowujesz się do otwarcia koperty, że nigdy nie musisz jej otworzyć.

Mózg nam w tym chętnie pomaga, bo zawsze jest w trybie Eco. Jakby teraz w to wejść, liczyć, dzwonić, to szkoda energii. Mówi więc: jeszcze nie teraz. I daje za to nagrodę, bo kiedy odkładasz coś na poniedziałek, przez chwilę naprawdę robi się lżej. Ta ulga jest prawdziwa. Dlatego działa. Pasywność nie ma ciężaru, nie wymaga żadnej decyzji i nikt cię za nią nie rozliczy. Przynajmniej nie w tym miesiącu.

No i jest jeszcze ostateczny argument: jakoś to będzie. Ten akurat jest prawdziwy. Jeszcze nigdy nie było tak, żeby nie było jakoś. Tyle że „jakoś” ma swoją kwotę. Policzyłem kiedyś w kalkulatorze ZUS emeryturę osoby, która całe życie pracuje na minimalnej krajowej. Wyszło 1780,96 zł. Tak wygląda „jakoś”, kiedy przychodzi przelewem.

Możesz krzyczeć na ZUS, że to złodzieje. Możesz wyrzucić list. Kwoty to nie zmieni. Nie mówię tego, żeby straszyć. Mówię, bo z takim faktem da się jeszcze coś zrobić, dopóki masz czterdzieści lat, a nie siedemdziesiąt.

Co się dzieje po drugiej stronie biurka

Kiedy ktoś w końcu przynosi mi swoją szufladę, prawie zawsze zaczyna od przeprosin. Że bałagan. Że powinien był wcześniej. Że głupio mu, bo przecież jest dorosły. Jakbym przyszedł sprawdzać zeszyty.

Nie po to tam siedzę. Nikogo nie obchodzi, że nie masz tego ogarniętego. Większość ludzi nie ma. Różnica między tymi, którym się układa, a pozostałymi rzadko polega na tym, że ci pierwsi mają lepsze liczby. Oni po prostu wcześniej przestali się ich bać.

Często pytam klienta, od czego ma ubezpieczony kredyt. Jak się kredyt połamie? Umrze? Nie wiem, klient też nie wie. Ale czuje się bezpiecznie, bo w banku powiedzieli, że jest ubezpieczony, a papier leży w segregatorze. Podobnie z grupówką z pracy. Połowa Polaków ją ma i spora część uważa temat za zamknięty. Za dzień w szpitalu płacą 50 zł, i to od czwartego dnia. Sam dostałem kiedyś z grupówki koło tysiąca złotych, po zsumowaniu wszystkiego, co się dało. Nikt tego wcześniej nie sprawdzał, bo po co. Segregator to też szuflada, tylko ładniej opisana.

Czasem w tej szufladzie siedzi jeszcze jedna rzecz: rozmowa, której para nigdy nie odbyła. Jedno wie, ile jest na karcie, drugie wie, że lepiej nie pytać. Jedno myśli, że drugie ma to ogarnięte. Mijają lata, dzieci rosną, a pieniądze są w tym domu jak krewny, o którym się nie wspomina przy świątecznym stole. Wszyscy wiedzą, że jest. Nikt nie wie, ile winien.

Nie piszę tego z góry. Doradca finansowy też ma swoje szuflady. Wiem, co się w człowieku dzieje, kiedy przychodzi pismo i lepiej mu się nagle robi na myśl o umyciu samochodu. Przez lata pracowałem na prowizji, bez podstawy, więc z niepewną liczbą na koniec miesiąca jestem w dość zażyłych stosunkach. Nie znika. Można tylko nauczyć się z nią rozmawiać.

Co z tego wynika

Nie będzie tu planu, budżetu ani arkusza. To wszystko przychodzi później i bez tego pierwszego kroku nie przyjdzie wcale.

Otwórz. Przeczytaj liczbę. Powiedz ją na głos komuś, komu ufasz.

Jeżeli masz ochotę na coś więcej, to trzy pytania, nic poza tym. Ile mam dziś odłożone? Na ile miesięcy by to wystarczyło, gdyby od jutra nie było pensji? Co dostanie moja rodzina, jeżeli mnie zabraknie, i skąd to wiem? Na kartce, ołówkiem, bez sprawdzania idealnych wartości. Jeżeli przy którymś odpowiesz „nie mam pojęcia”, to też jest wynik. I to pierwszy uczciwy od dawna.

Na więcej nie musisz się dziś zdobywać. Nie musisz od razu nic z tą liczbą robić. Nie musisz mieć pomysłu. Możesz nawet powiedzieć, że jest fatalna. Lekarstwo nie musi smakować, ma pomagać. Tego nauczył mnie ojciec.

Liczba się od tego nie zmieni. Zmieni się tylko to, skąd rządzi. Wstyd potrafi siedzieć w szufladzie latami. Przy kuchennym stole zwykle nie wytrzymuje kwadransa.