Marcin Szmidtke

Nie ja

Powieść o kimś, kogo nosi przez jego własne wzorce.

rękopis w redakcji przewidywane wydanie: 2027
  1. szkic
  2. rękopis
  3. redakcja
  4. korekta
  5. druk

rękopis u redaktora — przecinamy, ważymy zdania.

O książce

Książka o pasywności, która z zewnątrz wygląda jak normalne życie. O relacjach, w które wchodzi się, zanim się je rozumie. O czterdziestce, na której pewne rzeczy widać dopiero wtedy, kiedy już nie można ich cofnąć.

Główny bohater, Tomek, dowozi. Ma pracę, związek, wypłatę, plan. Po zewnętrznej stronie nic się nie dzieje — i to jest niepokojąca część. Bo w środku dzieje się coś, czego nie umie nazwać, i co od dwudziestu lat układa mu życie za niego.

To nie jest powieść o kryzysie wieku średniego. To powieść o tym, co było, zanim kryzys się zaczął. O mechanizmach, które przygotowywały go latami — i których on nie widział, bo pasowały do wszystkiego dookoła.

Dlaczego Nie ja

Tytuł przyszedł przed książką.

Jest taki moment — nie chwila, raczej stan — kiedy facet po czterdziestce zatrzymuje się przy swoim kalendarzu, swoim zdjęciu ślubnym, swoim kredycie, i ma uczucie, którego nie umie nazwać wprost: to nie ja to wszystko wybrałem.

Nie, że wybrał źle. Że w ogóle wybrał.

Tomek nie protestuje. Tomek nie wraca. Tomek dalej chodzi do pracy, dalej kocha, dalej odpowiada „wszystko gra" na pytanie jak leci. Ta książka nie jest o zrywaniu. Jest o zauważaniu.

Jak powstaje

Piszę Nie ja od czterech lat.

Pierwsze sto stron było łatwe — bo miałem pomysł. Następne dwieście były trudne — bo przestałem mieć pomysł i musiałem zacząć pisać z tego, co widzę, a nie z tego, co chcę powiedzieć.

Teraz jest Część III. Rękopis jest w redakcji. Fragmenty pojawiają się tu, na stronie, zanim książka trafi do wydawcy — nie po to, żeby coś sprzedać, tylko po to, żeby mieć czytelników, z którymi rozmawiam, zanim tekst trafi w ręce kogoś, kto nie zna ani mnie, ani kontekstu.

fragment z rozdziału czwartego

Krótki fragment z rozdziału czwartego. Rękopis jest w redakcji — finalna wersja książkowa może się różnić.

Pukanie do drzwi o dwudziestej.

Nie spodziewam się nikogo. Siedzę na kanapie w dresach, telewizor gada sam do siebie. Nie wiem, co leci. Nie wiem, jak długo tak siedzę. Nie wiem, który to dzień — czwarty, piąty, szósty bez niej. Wszystkie wyglądają tak samo.

Pukanie. Drugie.

Wstaję. Nogi miękkie. Otwieram bez patrzenia w wizjer.

Aleksandra.

Mokre włosy. Pada deszcz, nie wiedziałem. Granatowy płaszcz, ten który jej kupiłem. Zielone oczy, podkrążone. Usta rozchylone, jakby chciała coś powiedzieć i zapomniała co.

Nie mówię nic.

Miałem przemowę. Przez sześć dni układałem zdania w głowie. Dlaczego. Jak mogłaś. Co ja ci zrobiłem. Miałem granice. Miałem godność. Miałem plan, że jak zadzwoni, powiem nie.

Nie zadzwoniła. Przyszła.

I ja stoję w drzwiach w wyciągniętych dresach, z włosami w każdą stronę, i zapominam każde słowo, które przygotowałem.

— Mogę wejść? — pyta.

Cofam się.

Więcej fragmentów — w newsletterze, zanim pojawią się tutaj.