Ja już nic kompletnie nie potrafię.
Przyjaciółka, dietetyczka, przepisała mi dietę keto. Podobno działa cuda: poprawia pracę mózgu, pozwala chudnąć bez głodu, usuwa nadmiar wody i tłuszczu, a przy okazji oczyszcza ze złych emocji, traumy pokoleniowej, poprawia relacje rodzinne, daje awans, premię, a nawet sprawia, że dzieci rosną zdrowe i wysokie. Słowem — keto naprawia wszystko.
Moim zadaniem było jedynie wyczarować w Google, jak to działa, co jeść i na czym polega magia. W aplikacji dostałem rozpisaną dietę — co prawda nie dla mnie, ale za to dla kogoś innego. Kaloryczność: 1700 kcal dziennie. Czyli mniej więcej tyle, ile ja wygrzebuję wykałaczką z zębów po jedzeniu. Niemniej, mam traktować to jako inspirację do potraw.
Keto w internecie
Wchodzę w internet i wpisuję zaklęcie: „dieta keto”.
Zdania są podzielone. Z opinii wynika, że mam dwa wyjścia: albo już za dwa dni poczuję się jak główny bohater „Jestem Bogiem”, tylko że zamiast magicznych tabletek moim paliwem będzie karkówka — albo umrę na raka lub sepsę w ciągu miesiąca. A jeśli jednak przetrwam cztery niedziele, to podobno zostaje mi tylko sznur i strych, bo zamiast poprawionych relacji z rodziną czeka mnie depresja. W sumie było napisane, że na diecie wydzielają się „ciała ketonowe”. Rozum podpowiada, że nie tędy droga.
Jajka
Za każdym razem, gdy „wchodzę w internet”, dowiaduję się nowych zagrożeń i jeszcze lepszych rozwiązań. Ostatnio o jajkach. Kurzych, niestety. Jeszcze tydzień temu były najlepszym źródłem białka. Potem okazało się, że zabijają, bo podnoszą cholesterol, więc trzeba brać leki na jego obniżenie. Ale chwilę później wyszło, że cholesterol jednak jest dobry, bo zakleja stany zapalne, więc leki trzeba odstawić.
A potem wyłączyłem przeglądarkę, bo bałem się zobaczyć, co będzie dalej.
Wszystko robimy źle
Gdzie bym nie wszedł, to źle jem, źle śpię — bo na brzuchu, zamiast na plecach. Źle oddycham, bo ustami, zamiast nosem. O seksie nie wspomnę, bo patrząc na to, co się dzieje w internecie, to ja najwyraźniej nic nie umiem. Cały świat mówi nam, że coś robimy źle — i zaraz daje na to rozwiązanie. Wystarczy, że kupimy malakser z przepisami za osiem tysięcy na raty.
Czasem to naprawdę nie dla nas
Nie dziwmy się więc, gdy ktoś mówi: „to nie dla mnie”. Może rzeczywiście nie jest. Osiem miliardów ludzi jakoś żyje — lepiej albo gorzej, ale daje radę. Bez keto, bez malaksera, bez połowy tego, czym przekonuje nas internet.
Normalne jest, że nie każdy czuje dzisiaj potrzebę zrobić to, co akurat my mu proponujemy. Może jeszcze spłaca raty za malakser. A kiedy mówi, że w tym roku nie ma na to szans, to słuchajmy. Zamiast cisnąć, zajmijmy się raczej tym, żeby to, co i tak robi, robił na jak najlepszym poziomie. A jak dalej będziemy cisnąć, to też się nie dziwmy, że w końcu przestaje odbierać. I nagle po jakimś czasie wraca. Albo nie.
A póki co — wszystkim życzę dużo luzu i smacznego.