Zgoda nie miała żadnej chwili. Po prostu któregoś ranka była na swoim miejscu, jak kubek postawiony dzień wcześniej w innym miejscu, o którym zapomniał, ale który rano był tam, gdzie zawsze, jakby nigdy nie wędrował.
Wstał wcześnie. Zrobił kawę. Nie wspomniał jej o tym, co powiedziała wieczorem. Ona też nie wspomniała. To nie było zawieszenie broni — raczej uznanie, że broń była wymyślona, że nic się nie zdarzyło, że rozmowa nie była rozmową, tylko pogodą.
Miał wrażenie, że znowu coś zmienił w sobie, żeby pasowało. I miał wrażenie, że nie umiałby powiedzieć, co konkretnie.
W kuchni było jasno. Okno wychodziło na zachód, ale o tej porze światło padało w skos od korytarza, od strony, z której nie powinno padać. Tomek patrzył na smugę na podłodze i nie wiedział, dlaczego ona go uspokajała.
— Idziesz dziś wcześniej? — zapytała, nie podnosząc wzroku.
Nie szedł wcześniej. Ale powiedział, że tak. Powiedział to, zanim pomyślał. Pomyślał, kiedy już było powiedziane, i pomyślał, że to nie pierwszy raz, kiedy najpierw zgadza się, potem dopiero sprawdza, na co.